Publicystyka



Tonący brzydko się chwyta

Ministerstwo Sprawiedliwości| podsekretarz stanu| przeniesienie sędziego| Sąd Najwyższy| SN| Trybunał Konstytucyjny| wydział zamiejscowy

włącz czytnik

Wracając do "argumentów" podnoszonych przez Ministerstwo wyraźnie widać, że jeśli weźmiemy pod uwagę to, co naprawdę orzekł Sąd Najwyższy w 2007 r. to jasnym się staje, że ostatnie orzeczenie Sądu Najwyższego nie tylko nie idzie pod prąd stanowisku zawartemu w orzeczeniu a 2007 r. ale wręcz wprost je potwierdza. Wtedy Sąd Najwyższy orzekł, że pismo delegujące sędziego może być podpisane przez podsekretarza, bo nie wiąże się to z wykonywaniem władzy nad sędzią. Decyzję o zmianie miejsca orzekania podejmuje bowiem sam sędzia, a ministerstwo wykonuje tylko techniczną czynność potwierdzenia tego faktu. Teraz orzekł, że decyzję o przeniesieniu sędziego bez jego zgody do innego sądu musi podpisać osobiście minister, bo to jest decyzja władcza podejmowana bez zgody, a nawet wbrew woli sędziego. Gdzie tu obrońcy działań Ministerstwa dostrzegają rozbieżności, czy zmianę stanowiska Sądu Najwyższego... to chyba tylko oni sami wiedzą. Zwłaszcza, że Sąd Najwyższy w uzasadnieniu do lipcowego  orzeczenia wyraźnie odnosi się do tego z 2007 r. wyjaśniając dlaczego zawartych tam rozważań nie można odnosić do decyzji o przeniesieniu sędziego. Oczywiście w stanowiskach obrońców koncepcji Ministerstwa brak jest jakiegokolwiek odniesienia do argumentacji przestawionej przez SN...

Orzeczenie z 2007 r. i jego uzasadnienie było ostrzeżeniem dla Ministerstwa - tym razem stanęliśmy na rzęsach, żeby nie dopuścić do katastrofy, ale na przyszłość pamiętajcie, że sędziowie to nie podwładni ministra, a sądy nie są komórkami organizacyjnymi resortu. Jakiekolwiek decyzje dotyczące statusu sędziów, które wiążą się z korzystaniem przez ministra z uprawnień władczych wobec sędziów muszą być podejmowane osobiście przez niego, i nie może on powierzać ich podwładnym. Niestety ostrzeżenie wyraźnie nie dotarło do adresata i teraz mamy tego konsekwencje. To, co bardzo niepokoi, to to, że problem najwyraźniej dostrzegają tylko sędziowie. Powstałe po reformie Gowina wydziały zamiejscowe już przerwały pracę, bo nie ma w nich nikogo, kto byłby uprawniony do orzekania w nich, ale Ministerstwo udaje, że nic się nie stało, ewentualnie, że nie rozumie o co chodzi. Milczą też media, nikt nie podchwycił tematu, a jeśli już to niewiele z tego zrozumiał. Bezkrytycznie powtarzane są ministerialne bajki o rozbieżności w orzecznictwie Sądu Najwyższego, nikt też nie zapytał w jakim trybie Trybunał Konstytucyjny na wniosek Ministerstwa miałby orzec o niekonstytucyjności wykładni prawa przedstawionej przez Sąd Najwyższy. Jakoś bez echa przeszedł dowcip pana ministra, że zwróci się do Sądu Najwyższego o wykładnię orzeczenia wobec "rozbieżności" z poprzednim orzeczeniem. Nikt nie wyraża oburzenia w związku z naciskami ze strony ministerstwa, żeby sędziowie nie stosowali się do stanowiska Sądu Najwyższego i orzekali chociaż wiedzą, że nie mają prawa. Cisza. Nie ma sprawy. Niedługo pewnie usłyszymy, że ci sędziowie, co nie chcą orzekać to lenie, a ci, którzy uchylają orzeczenia wydane przez niewłaściwie przeniesionych sędziów działają niezgodnie z prawem i w ogóle działają na szkodę obywateli, bo to w końcu żadna różnica, czy kwity podpisał minister czy podsekretarz. Racja. Przecież nie ma też różnicy, czy ustawę podpisał prezydent czy podsekretarz stanu w kancelarii prezydenta...
Sub iudice

Poprzednia 123 Następna

Publicystyka

Zawartość i treści prezentowane w serwisie Obserwator Konstytucyjny nie przedstawiają oficjalnego stanowiska Trybunału Konstytucyjnego.

 
 
 

Załączniki

Brak załączników do artykułu.

 
 
 

Komentarze

Brak komentarzy.